Wschód słońca na Pilsku

Wschód słońca na Pilsku

Rzadko, bo rzadko, ale zdarza się, że nie ja jestem pomysłodawcą, a tym bardziej organizatorem wyjścia w góry. Chyba w kwietniu Jacek dał mi znać, że wybiera się z familią na Pilsko (1557 m n.p.m.) w czerwcu i spytał, czy też się chcemy zabrać. Hmmm… Zachód i wschód słońca na Pilsku zawierał się w naszych planach górskich od jakiegoś czasu, więc czemu mielibyśmy nie skorzystać? Dodatkowo, muszę przyznać, że było to wielce kuszące, aby nie zamartwiać się noclegami, dojazdem i pozostałym kwestiami, tylko być w miarę biernym uczestnikiem :).

Nadszedł w końcu „ten” dzień i pięć osób – Rodzice i Siostra Jacka, Jacek i ja – w towarzystwie psa ruszyło na szlak z Sopotni Wielkiej. W tym wesołym gronie niestety zabrakło Ani, ale termin „przed 20-tym” każdego miesiąca nie jest najlepszy z punktu widzenia osób zajmujących się księgowością.

W drodze na Pilsko

No dobra, tak bardzo biernym uczestnikiem to ja nie byłem. Po zapoznaniu się z przebiegiem szlaku musiałem wprowadzić drobną modyfikację, a wszystko to wynikało z natury Jacka, który lubi chodzić sprawdzonymi szlakami. Bo jak inaczej wytłumaczyć wybór drogi, którą przemierzyliśmy trzy lata temu – dokładnie, bez żadnej modyfikacji, kiedy to na tylu szlakach jeszcze nie był? A to było wbrew mnie. Szczerze nienawidzę powtarzać szlaków i godzę się na takie rozwiązania tylko, jak nie ma innej możliwości. A tutaj opcja była, toteż początkowy kawałek szliśmy inaczej.

W Beskidzie Żywieckim czuję się dobrze, szlaki są „takie beskidzkie” jak to określiłem podczas jednej z rozmów – jest mało kamieni, dominuje raczej ziemia wyłożona świerkowymi igłami. Od czasu do czasu można natknąć się na opuszczone chatki, dodające krajobrazom specyficznego klimatu. Tak przynajmniej pamiętam te góry z dzieciństwa i cieszę się, jak idę szlakiem zbliżonym do tego wspomnienia, a tak właśnie było teraz. Przytoczone chaty pojawiły się dość szybko – na polanie Łobysówka – a zaraz potem, bo na czarnym szlaku, panorama na Babią Górę (1725 m n.p.m.) i Tatry. Te atrakcje, jak łatwo się domyślić, znacznie wpływały na tempo marszu, jednak nie przejmowaliśmy się tym – w końcu mieliśmy nocleg w schronisku.

Trochę szliśmy, trochę odpoczywaliśmy. Przed wyjazdem zastanawiałem się, jak będzie wyglądał ten nasz wspólny marsz. Tak jak Jacka mogę przegonić po górach narzucając całkiem mocne tempo i mieć przy tym spokojne sumienie, tak pozostałej części uczestników wycieczki nie znałem nijak pod kątem górskim. W sumie więc dobrze się stało, że nie goniliśmy, że każdy szedł swoim tempem, a co więcej, skończyło się tak, że na Miziowej zameldowaliśmy się z Jackiem jako ostatni :).

Zboczyć na Górową

Winnemu zaistniałej sytuacji była Hala Górowa. Dla niewtajemniczonych jest to baza namiotowa prowadzona obecnie przez SKPB w Katowicach, gdzie w wieku dziecięcym spędzałem sporą część wakacji, a to wszystko za sprawą Cioci i Wujka, którzy w tym czasie opiekowali się chatką. Z miejscem tym związanych jest wiele miłych chwil, dlatego przechodząc obok nie mogłem tam nie zajrzeć. Szczęśliwym trafem, pomimo tego, że nie było jeszcze oficjalnego w tym sezonie otwarcia, był gospodarz(?) i wpuścił nas na chwilę do środka. Co tu ukrywać, wspomnienia wróciły, szczególnie jak przyglądałem się zdjęciom sprzed ponad dwudziestu pięciu lat i rozpoznałem na nich między innymi kuzynostwo :). Jak to się mówi it made my day… Po tych kilku chwilach czas było wrócić na szlak. Spodziewałem się, że dogonimy resztę, jednak albo my tak długo byliśmy na Hali (a byliśmy tylko kilka minut!), albo Rodzice Jacka włączyli turbodoładowanie (w co szczerze wierzę) i nie daliśmy rady. Spotkaliśmy się dopiero przy schronisku.

Po posiłku zameldowaliśmy się w pokojach i położyliśmy się na chwilę (znaczy Jacek i ja). Tylko, że ta chwila trwała prawie trzy godziny :D. Jakoś tak szybko to zeszło a wypoczynek (bo trudno to nazwać prawdziwym snem) co chwilę przerywany był powarkiwaniami psiaka, który jest bardzo czujny w nowych miejscach. Mieliśmy to szczęście, że akurat w tym samym czasie nocowała kolonia, co charakteryzowało się wieloma krzykami dzieci, bieganiem po korytarzu i zapytaniami typu „gdzie jest Pani?”. W pewnym momencie jeden dzieciak pomylił pokoje i wylądował u nas. Szczęśliwe wycofał się zanim psiura zareagowała, bo szczerze nie wiem, jaki byłby finał tego spotkania :(. W końcu zasnęliśmy i wstaliśmy na… następny posiłek, aby zaraz potem zebrać się i wyjść na oczekiwany zachód słońca. Moja siła przekonywania nie zdała egzaminu tym razem i na górę udało mi się wyciągnąć tylko Mamę Jacka (i Jacka).

Na Pilsku o zachodzie, na Pilsku o wschodzie

Szczęśliwe na Pilsko prowadzą dwie drogi, dlatego dwukrotne wejście i co za tym idzie zejście można jakoś urozmaicić. Pierwszy raz w górę szliśmy, w moim odczuciu szybszym szlakiem, żółtym (będąc już w domu porównałem oba wejścia i pod względem czasu są prawie takie same), na pewno łagodniejszym i chyba mimo wszystko ciekawszym. Na górze zabawiliśmy dłuższą chwilę, na co byłem przygotowany – w końcu chciałem robić zdjęcia do timelapsa, a to wymaga czasu – reszta mniej, przez co troszkę zmarzła. Pogoda bardzo, ale to bardzo dopisała, dzięki czemu obserwacja zachodzącego słońca dostarczyła sporo wrażeń. Chyba po raz pierwszy widziałem, aby niebo tak bardzo zmieniało barwy. Ale to było nic, w porównaniu do wschodu, o którym za chwilę. My musieliśmy jeszcze zejść, napić się czegoś ciepłego i nie zważając na nic położyć się i zasnąć, gdyż pobudka zaplanowana była na 3:00.

Trzecia „nad ranem, może sen przyjdzie”… Udało się obudzić. Podszedłem do okna w postanowieniu, że jak aura nie dopisuje, to wracamy do łóżek. Zerknąłem na to co się dzieje i wracać nie miałem zamiaru. Było pięknie, ale… nieoczekiwanie jasno. Zacząłem zastanawiać się, czy nie za późno się budzimy, czy czasami czegoś nie schrzaniliśmy w planowaniu. Upewniłem się u Jacka, że wschód ma być po 4:00, ubraliśmy się i wyszliśmy, kolejny raz do góry. Dotarliśmy do polskiego wierzchołka, doszliśmy do słowackiego i wróciliśmy do polskiego, który oferował znacznie lepsze widoki. Zachód dostarczył wiele wrażeń, ale przy wschodzie się chowa! Teraz niebo mieniło się różnymi barwami, a wraz z unoszeniem się słońca było coraz ciekawiej. Do momentu, kiedy całe słońce wyszło spoza gór, kiedy to zrobiło się zwyczajnie. Nie przedłużając zbytnio, wróciliśmy na chwilę do schroniskowych łóżek, aby zaraz po śniadaniu ruszyć ze schroniska.

W czasie deszczu… idzie się szybciej

Będąc na Pilsku doskonale widzieliśmy szlak, którym teraz szliśmy. Pogoda cały czas dopisywała, tak więc szybko pokonaliśmy ten krótki odcinek Głównego Szlaku Beskidzkiego i znaleźliśmy się przy schronisku na Rysiance (1322 m n.p.m.). W tym momencie pogoda delikatnie zaczęła się psuć, chmury zaczęły zasnuwać niebo, ale nie spodziewaliśmy się deszczu. Tak szczerze, to nie śpieszyło się nam i dopiero po zasłużonym ciastku (szkoda, że nie było szarlotki) ruszyliśmy w dół, szlakiem niebieskim do Sopotni Wielkiej.

Było stromo, nawet bardzo. Kilku śmiałków zmierzało do góry, a my w ferworze rozmów zgubiliśmy szlak, schodząc cały czas szeroką drogą w dół. Okazało się, że jakiś czas temu szlak skręcał w lewo, czego nie zauważyliśmy. Mogliśmy podejść do góry (no bez żartów!), albo podążać dalej coraz węższą ścieżką zgodnie z zasadą, że my się nie gubimy, tylko zwiedzamy – tak też uczyniliśmy. Szybko znaleźliśmy się na dole i po pokonaniu małej przeszkody, którą była rzeczka, byliśmy na asfalcie, a zaraz potem wróciliśmy na szlak.

Zaczęło padać. Grzecznie schowałem aparat i przestało. Trochę żałowałem tej pochopnej decyzji, ale spojrzawszy w niebo postanowiłem jeszcze przetrzymać go plecaku. Chmury były coraz cięższe, a przed nami spory odcinek drogi do pokonania.

I się zaczęło. Delikatne krople, można nawet powiedzieć, że przyjemne, były sygnałem do szukania schronienia, który zignorowaliśmy. W końcu szło się bardzo dobrze, a deszcze orzeżwiał. Do czasu. Zaczęło padać mocniej, szczęśliwie nie było burzy, toteż schowaliśmy się pod drzewem, zapewniającym schronienie. Do czasu. Zmieniliśmy drzewo na bardziej stabilne, gdzie było ok. Do czasu. Kolejna zmiana drzewa i wydawało się, że w tym miejscu uda nam się przeczekać już ulewę. Ale okazało się, że to była rozgrzewka, bo padać dopiero zaczynało. W pewnym momencie było mi już obojętne, czy moknę pod drzewem, czy opatulony w kurtkę i wątpliwy parasol idę po samochód. I tak już dość zmokłem, dlatego zostawiłem towarzyszy i szybkim krokiem pokonałem ostatnie kilometry, aby jak najszybciej znaleźć się w aucie. Jak łatwo się domyśleć w międzyczasie przestało padać, ale to już zupełnie inna historia.

Żurek na szlaku

Kuchnia na Miziowej mi pasuje. Cokolwiek jem w tym miejscu, jest w porządku. Tym razem miałem okazję zjeść również śniadanie, które było dobre. Szkoda, że trochę mało, na co warto się przygotować.

Na Rysiance natomiast nastawiłem się na szarlotkę, której niestety nie było :(. Jako zamiennik zabraliśmy ciasto drożdżowe, będące godnym substytutem.

Galeria

Informacje praktyczne

Trasa

Odcinek Szlak Czas GOT
Sopotnia Wielka – Przełęcz Przysłopy żółty 0 godz. 45 min 5 / 2
Przełęcz Przysłopy – Schronisko PTTK Hala Miziowa czarny
zielony
2 godz. 25 min 9 / 5
Schronisko PTTK Hala Miziowa – Pilsko żółty 0 godz. 30 min 4 / 2
Pilsko – Schronisko PTTK Hala Miziowa czarny 0 godz. 30 min 2 / 4
Schronisko PTTK Hala Miziowa – Pilsko czarny 0 godz. 35 min 4 / 2
Pilsko – Schronisko PTTK Hala Miziowa czarny 0 godz. 25 min 2 / 4
Schronisko PTTK Hala Miziowa – Trzy Kopce czerwony 1 godz. 20 min 5 / 8
Trzy Kopce – Schronisko PTTK Hala Rysianka czerwony 0 godz. 30 min 3 / 3
Schronisko PTTK Hala Rysianka – Sopotnia Wielka Kolonia niebieski 1 godz. 20 min 7 / 10
Sopotnia Wielka Kolonia – Sopotnia Wielka niebieski 0 godz. 45 min 3 / 3
Rzeczywisty czas przejścia:
Czas ruchu:
Czas postoju:
12 godz. 30 min
7 godz. 30 min
5 godz. 00 min
44 / 43

Mapa trasy
Profil trasy

Dojazd

Dojazd do Korbielowa z Katowic obecnie zajmuje około półtorej godziny, a więc można powiedzieć, że jest ekspresowo. Dzięki obwodnicy Bielska (droga S69) bez problemów dojeżdża się do Żywca, skąd droga 945 prowadzi do Korbielowa.

Acha. Na obwodnicy Bielska warto uważać, bo można przegapić zjazd, szczególnie jak się rozmawia z pasażerem podczas jazdy :).

Przewodniki

Mapy

  • "Beskid Żywiecki", skala 1:50 000. ExpressMap, 2014
  • "Beskid Żywiecki". Wydanie V. Skala 1:50 000, Wydawnictwo Kartograficzne Compass, Kraków 2009

Noclegi

X

Podoba Ci się nasz blog? Dołącz do nas na Facebooku!

Udostępnij
+1
Tweetnij
Przypnij