Wczesna wiosna kojarzy mi się z zaśnieżonymi szczytami gór będącymi w kontraście z kwitnącymi, zieleniejącymi łąkami w dolinach. I taki obraz chciałem uchwycić na zdjęciach. Dość precyzyjnie wybrałem termin wyjazdu, poprzedzając go wcześniejszą analizą i upewniając się co do pogody. Kierunek nasuwał się sam – albo Pieniny, albo Beskid Sądecki, skąd widać Tatry i morze łąk przed nimi.
Plany planami, a pogoda swoje. Od poniedziałku było pięknie, jednak im bliżej weekendu tym było gorzej. Kulminacja pogorszenia nastąpiła w niedzielę, a więc w tak precyzyjnie wybrany dzień. Gdyby ktoś pytał, kiedy pogody nie będzie, to spokojnie można kontaktować się ze mną :).
Szczerze to nie miałem najmniejszej ochoty opuszczać suchego domu, jednak w górach czekał już na mnie Jacek. Nie wypadało Go tak tam zostawić i zmuszać do powrotu publicznymi środkami transportu. Tak więc wyjazd się odbył, ale droga w Beskid Sądecki, czy też dalej, mijała się z celem. Po drodze zdecydowaliśmy, że w zamian przejdziemy się na Leskowiec (922 m n.p.m.).
Beskid Mały potrafi zaskoczyć. Owszem, szczyty nie są wybitnie wysokie, ale deniwelacje już są spore i często trzeba się trochę natrudzić, aby znaleźć się w docelowym miejscu. Do teraz pamiętam podejście na Gancarz (798 m n.p.m.), będące chyba jednym z bardziej stromych którymi szedłem, idąc notabene na Leskowiec. Tym razem nastawiłem się na raczej spokojny marsz, w miarę po równym terenie i się delikatnie zdziwiłem. Było w sumie co podchodzić…
Pogoda nie dopisała, ale ostatecznie na to się przygotowaliśmy. Oddając trochę jej sprawiedliwości – w drodze powrotnej, im bliżej byliśmy samochodu, tym było ładniej :). Coś mi w tym roku góry nie służą za bardzo.
Żurek na szlaku
Do tej pory czegokolwiek nie zamówiłem w schronisku na Leskowcu, nigdy się nie zawiodłem. Tak było również tym razem. Żurek pyszny, a szarlotka jeszcze lepsza!