Kurs Zimowy Turystyki Wysokogórskiej

Kurs Zimowy Turystyki Wysokogórskiej

Zaraz po zakończonym w minionym roku Kursie Turystyki Zimowej, zacząłem myśleć o czymś bardziej zaawansowanym, namawiając do udziału w tym przedsięwzięciu również Jacka. Zeszłoroczna aura pokrzyżowała plany, ale co się odwlecze, to nie uciecze i tym sposobem z początkiem roku zawitaliśmy w najwyższe góry Polski.

Zanim pojawiliśmy się w Tatrach, musiałem odpowiedzieć na jeszcze jedno pytanie – z jakiej oferty skorzystać? Z dwóch rozważanych opcji: Zimowy Kurs Turystyki Wysokogórskiej organizowany przez Centralny Ośrodek Szkolenia PZA „Betlejemka” oraz Zimowy Kurs Turystyki Wysokogórskiej organizowany przez Szkołę Wspinania Kilimanjaro Waldemara Niemca, zdecydowaliśmy się na tę pierwszą.

W minionym roku pogoda nie sprzyjała, teraz wyglądało to podobnie. Czyżby ów kurs nie był mi pisany? Niby jest styczeń, jednak w Katowicach, jeszcze przed wyjazdem, nie było widać grama śniegu. Nie chciałem wydawać prawie 700 zł tylko po to, aby pozyskać wiedzę teoretyczną. Telefon do organizatora potwierdził dobre warunki do odbycia kursu, co lekko rozwiało moje wątpliwości i tak w sobotni poranek, o godzinie 5:00, wyruszyliśmy w stronę Zakopanego.

Ze względu na trwający remont „Betlejemki”, pierwszy nocleg mieliśmy zarezerwowany w Pensjonacie „Kolesar” w Kościelisku, dwa kolejne w Schronisku PTTK „Murowaniec” na Hali Gąsienicowej. Nocowanie w Kościelisku wiązało się z dojazdem na Halę Gąsienicową łazem, co okazało się swoistym przeżyciem, w szczególności ostatni odcinek z Brzezin :).

Dzień po dniu (prawie)…

Pierwszego dnia, po otrzymaniu niezbędnego wyposażenia, udaliśmy się za Czarny Staw Gąsienicowy, gdzie skupiliśmy się na hamowaniu za pomocą czekana. Nie ukrywam, miałem przy tym sporo zabawy, tym bardziej, że przećwiczyliśmy sporo wariantów, łącznie ze staczaniem się na plecach głową w kierunku spadku. Dla mnie była to bardzo cenna lekcja.

Następnie weszliśmy na pobliski stok, celem przećwiczenia poruszania się w rakach. Szło nam całkiem nieźle :).

Pogoda drugiego dnia rozczarowała, przez co zrezygnowaliśmy z wcześniej zaplanowanej wycieczki, idąc za Zielony Staw, gdzie znaleźliśmy miejsce z bardzo dużą ilością śniegu. Wykorzystaliśmy to skrzętnie, szukając zakopanych detektorów lawinowych (nawet na głębokość 1.5 metra) oraz kopiąc jamę śnieżną.

Pogoda się popsuła, zaczął padać deszcz, więc wróciliśmy do schroniska. Na zakończenie dnia spotkaliśmy się w „Betlejemce” na zajęciach teoretycznych dotyczących lawin.

Pierwsza część kolejnego dnia związana była z wycieczką wysokogórską, ale o tym w osobnym wpisie :).

Wieczór, natomiast, poświęciliśmy na naukę podstawowych węzłów oraz przygotowywania stanowisk zjazdowych, aby tę wiedzę wykorzystać następnego dnia.

Ostatniego, czwartego dnia kursu, pogoda dopisała. Udaliśmy się na Zmarzły Staw, na lodową ścianę, na której ćwiczyliśmy zarówno wspinaczkę w lodzie, jak i zjazdy. Każdy z nas dobrze się przy tym bawił, jednocześnie wiele się ucząc. Ja sam nigdy się nie wspinałem, więc początek mam całkiem niezły – od razu w lodzie, a co!

Na zakończenie popracowaliśmy ze śrubami lodowymi i… czas było się zbierać do schroniska.

Żurek na szlaku

Stołowaliśmy się w Murowańcu. Jedzenie było po prostu pyszne, a przynajmniej to, co ja kosztowałem: żurek, naleśniki ze szpinakiem, czy też szarlotka. Natomiast ceny odstraszają, więc planując zakup posiłków należy przygotować się na większy wydatek – „najbogatsza” wersja żurku kosztowała 17,50 zł (w innych schroniskach cena waha się w okolicach 8-10 zł), „najuboższa” – 10 zł; piwo lane – 10 zł. Myślę, że przedstawione ceny mówią same za siebie.

Ekonomia jednak ma swoje prawa. Gdyby nie było zainteresowania, pewnie ceny byłby niższe. Spędzając w schronisku kilka dni, mogłem zaobserwować, że pomimo niebotycznie wysokich (jak dla mnie) cen, piwo zawsze na stołach stało :).

Podsumowując

Zdecydowanie warto było wziąć udział w tym kursie. Była to bardzo dobra inwestycja. Dużo się nauczyłem a pogoda w sumie dopisała – Dzięki niezbyt dużej ilości śniegu, prawie cały czas poruszaliśmy się w rakach, co nie byłoby możliwe przy większych opadach. Z drugiej strony, udało nam się znaleźć miejsce, gdzie śniegu było naprawdę dużo. Dopełnieniem całości była wycieczka wysokogórska na Świnicę (2301 m. n.p.m.).

Na zakończenie słowo o instruktorze – Mariusz Nowak, fachowiec, jakich mało. Polecam!

Galeria

X

Podoba Ci się nasz blog? Dołącz do nas na Facebooku!

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz