Wymagająca Lackowa

Wymagająca Lackowa

Beskid Niski wymyśliłem sobie mniej więcej w maju i ostał się jako ostatni punkt do zrealizowania do końca roku. Cały czas powtarzałem, że jest celem na ten rok, że tam pojedziemy i koniec kropka. Za tymi słowami nie szły w parze jednak czyny.

W międzyczasie odwiedziliśmy z Anią – na krótko, bo na krótko, ale zawsze – Sudety. Po tym urlopie do Korony Gór Polski została mi tylko Lackowa, tak więc mobilizacja do wejścia powinna być większa. Powinna być, ale odkąd odznak pojawia się jak grzybów po deszczu, przestaliśmy na nie zwracać większą uwagę… Mijały więc kolejne miesiące, aż nastał grudzień i w końcu zebrałem się do wyjazdu.

To nie miało prawa się udać

Czasami jest tak, że od samego początku jakiś głos, czy też drobne wydarzenia, podpowiadają, aby czegoś nie robić. Mnie to tym razem spotkało, ale za każdym razem ignorowałem te drobne ostrzeżenia, uparcie dążąc do celu.

Dojazd z Katowic do Izb, skąd zaczyna się szlak którym mieliśmy iść, zajmuje jakieś trzy godziny. Ze względu na krótki dzień, chciałem na miejscu być najpóźniej o 9:00, co oznaczało, że musimy wyjechać skoro świt, czyli o 6:00. Do momentu umówienia się z Jackiem wszystko przebiegało bezproblemowo. Kłopoty zaczęły się od pytania „na którą umówiłeś się z Jackiem” zadanego przez Anię. Pytania zadanego o 6:15, kiedy to ja w najlepsze spałem. Jakby to rzec, musiałem się błyskawicznie zebrać :). Po modyfikacjach w pierwotnym planie na parkingu mieliśmy być z delikatnym poślizgiem. Cały czas nie było jednak źle.

Do Nowego Sącza jakoś szło. Deszcz tylko trochę mnie irytował, bo spodziewałem się, że im bliżej gór, tym będzie zimniej, a więc powinien być też i śnieg. Ten pojawił się wkrótce, ale żeby zaraz aż tyle? Niestrudzenie jechaliśmy dalej, kierując się na Mochnaczkę Wyżnią, z każdym kilometrem popełniając błąd. W końcu nastąpił moment, kiedy to mieliśmy zjechać na mniej uczęszczaną, nieodśnieżaną drogę, kierując się na Czyrną.

Sztuka kierowania w śniegu

Zaczęło się od podjazdu, na który nie wjechałem :). Samochód dziwnie się zachowywał, a mniej więcej w połowie drogi stanął. Oczekiwany jeszcze przed chwilą śnieg okazał się problemem. Wycofałem. W międzyczasie do góry śmignął ktoś w cinquecento, nie zauważając za bardzo wzniesienia. To wpłynęło na moją ambicję. Kolejna próba i zarówno tym razem nie dałem rady, ale był mały sukces – zajechaliśmy trochę dalej :). Zatrzymaliśmy się. Minął nas jakiś opel. Żaden kierowca nie miał problemów z pokonaniem tego wzniesienia. Jacek zaproponował, aby rozpędzić się na odśnieżanej drodze głównej. Spróbowaliśmy i udało się. Góry stały przed nami otworem. Co jeszcze mogło się stać?

Mogliśmy na przykład zjechać ze wzniesienia, na które ledwo co wjechaliśmy, co oczywiście się wydarzyło. Przez głowę przebiegła mi myśl, że jeżeli przed nami jest kolejny pagórek, to utkniemy tutaj na dłużej. Ale nie, jechaliśmy po równym przez jakiś czas, aż w końcu zjechaliśmy z tej drogi, z którą już się jakoś oswoiłem, na podrzędną. Nie wyglądało to najlepiej. Jakieś ledwo widzialne ślady były, więc jechaliśmy. Co najważniejsze, było równo.

Przyzwyczaiłem się i do tej dróżki, a tu Jacek stwierdził, że czas skręcić w lewo. Tej drogi to już wcale nie widziałem, miałem wrażenie, że to jakieś pole przysypane równomiernie śniegiem. Niezawodny wzrok kolegi wypatrzył ślady traktora, po których postanowiliśmy pojechać. Z tym, że ów traktor po dwustu metrach dojechał do swojego gospodarstwa, a my mieliśmy przed sobą dalszą drogę. Drogę zasypaną warstwą około pięćdziesięciocentymetrowego puchu. Drogę, która zaczęła się dodatkowo wznosić. Decyzja mogła być tylko jedna – zawracamy.

Na biegu wstecznym wjechaliśmy na teren gospodarstwa, gdzie stał traktor i tam utknęliśmy na dłużej, zakopując się. Ania przed wyjazdem wspomniała, abym zabrał łańcuchy i łopatę, ale jak tu brać, skoro śniegu nigdzie nie ma? Teraz trochę żałowałem tej decyzji, no i Jacka, któremu przypadła ciężka praca związana z próbą wypychania samochodu. Po kilku(nastu) próbach udało się i mogliśmy jechać dalej, czy raczej zawracać. Przed nami była górka, z której kilka chwil temu zjechaliśmy. Nie daliśmy rady wjechać, a że nie było jak się rozpędzić, musieliśmy się skierować w drugą stronę – w nieznane.

Po tej drodze olśniło mnie. Podczas podjazdu samochód dziwnie się zachowywał. Nie, że się ślizgał – no w końcu to nie lód, a były sprawne opony zimowe – tylko brakowało mu mocy. Kontrola trakcji musiała być temu winna! Wystarczyło sprawdzić, jak wyłączyć system i pozbyć się problemu. Na rozwiązanie musieliśmy poczekać do momentu, aż znaleźliśmy się w obszarze zasięgu sieci komórkowej. Koniec końców znaleźliśmy się z powrotem na głównej drodze, a po kilkunastu minutach znowu byliśmy w Mochnaczce Wyżnej.

Rzut oka na mapę i Jacek wyczaił, że jest jeszcze droga do Izb z Mochnaczki Niżnej i że od razu mieliśmy tak jechać i takie tam. Pocieszeni tą myślą, no bo w końcu los tak jakby się odwracał, ruszyliśmy przed siebie. Dobry nastrój ustąpił, kiedy zauważyliśmy dukt, w który prowadziła nawigacja. Ze względu na ilość śniegu, nie było opcji, aby wjechać.

Jedziemy do Krynicy

Ostatecznie pożegnaliśmy myśl, że możemy dzisiaj wejść na Lackową, gdyż zegar wskazywał nieprzyzwoitą godzinę. Było po 11:00. Z drugiej strony nie było sensu wracać do Katowic. Przecież przejechaliśmy ponad trzysta kilometrów. Skierowaliśmy się najpierw w stronę ładnie wyglądającej Cerkwi Św. Michała Archanioła a następnie podjęliśmy decyzję, aby zobaczyć Krynicę-Zdrój.

Cerkiew św. Michała Archanioła w Mochnaczce

Wybraliśmy, zdawałoby się, najszybszą drogę dojazdu. I pewnie latem tak jest. Przy wyłączonym systemie kontroli trakcji bez problemów pokonywaliśmy kolejne wzniesienia. Jakoś szło. Szło do momentu w którym okazało się, że jeden podjazd jest ponad siły samochodu. Nie daliśmy rady, musieliśmy się wycofać. Zjechaliśmy na wstecznym biegu kilka metrów po czym delikatnie hamowałem, bo prędkość robiła się niefajna. Samochód się zatrzymał. Powtórzyłem manewr i ponownie zakończył się sukcesem. Powtórzyłem kolejny raz, samochód stanął i po chwili zaczął się zsuwać w stronę pobocza. Trwało to na tyle szybko, że nie byłem w stanie sensownie pomyśleć co zrobić. Na tyle zaś długo, że miałem czas na zastanowienie się, czy jest skarpa, czy może jakieś drzewa. Posłuchałem Jacka mówiącego, aby zaciągnąć ręczny i w tym samym czasie obróciłem intuicyjnie kierownicę. Samochód dalej się zsuwał, z tym, że zrobił obrót o sto osiemdziesiąt stopni i zatrzymał się w miejscu. Mieliśmy szczęście.

Z pierwotnie obranej trasy zrezygnowaliśmy, wjechaliśmy na drogę główną i już tylko takimi jechaliśmy do Krynicy. No bo nie ma to jak napić się zdrowotnej wody po spędzeniu kilku godzin w samochodzie :).

Tym oto sposobem Lackowa cały czas przed nami.

Galeria

X

Podoba Ci się nasz blog? Dołącz do nas na Facebooku!

Dodaj komentarz

5 komentarzy do "Wymagająca Lackowa"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy