Na urwistej grani. Durny Szczyt

Na urwistej grani. Durny Szczyt

W tym roku było to jedno z najbardziej oczekiwanych przez mnie wyjść górskich. W planach podsumowujących 2013 rok napisałem, że w nowym roku chcę wejść na jeden z wyższych szczytów tatrzańskich na który nie prowadzi szlak turystyczny. Wtedy po mojej głowie chodziła myśl o Lodowym Szczycie (słow. Ľadový štít – 2627 m n.p.m.), ale już z początkiem roku wiedziałem, że będzie to Durny Szczyt (słow. Pyšný štít – 2623 m n.p.m.). W wyborze tego konkretnego pomogły słowa Leszka Jaćkiewicza z Nieznanych Tatr: „Durny Szczyt jest najtrudniej dostępnym ze wszystkich najwyższych (o wysokości powyżej 2600 m) szczytów tatrzańskich i z tego względu zalicza się do najbardziej ‚honorowych’ celów wysokogórskich turystów”. Szczegóły wycieczki dograłem z przewodnikiem Romanem Jelenský już drugiego stycznia.

Na tę wycieczkę zdecydował się również Jacek – niezawodny pod tym względem.

Słów kilka o logistyce

W przypadku takiej wycieczki jak ta, kilka spraw trzeba zaplanować odpowiednio wcześnie. Wejście na Gerlach nauczyło mnie sporo, z drugiej jednak strony od 2009 minęło już trochę czasu.

Po pierwsze, należy wybrać przewodnika i ustalić z nim szczegóły wyjścia. Tym razem zdecydowałem się na Słowaka (nie wiem, co mnie podkusiło :)), czego nie żałuję, ale… następnym razem będę szukał osoby mówiącej po polsku. Czego mi zabrakło? Spodziewałem się więcej rozmów o Tatrach, czy też okolicznych szczytach. Oczywiście, mogło to być spowodowane wieloma czynnikami, ja zrzucam to na swego rodzaju barierę językową.

Po drugie, wychodząc w Tatry Słowackie, należy zadbać o ubezpieczenie. Wiele towarzystw w Polsce ma odpowiednie oferty, znacząco różniące się cenowo, więc warto się im przyjrzeć dokładnie, zwracając szczególną uwagę na sumę ubezpieczania związaną z akcją ratowniczą. Tym razem wybrałem TU Gothaer. Warto dodać, że kilka dni przed (niestety) naszym wyjazdem zakończył się pilotażowy program dobrowolnego ubezpieczenia PZU dla turystów, którego koszt wynosił całe 50 groszy. Swoją drogą mam nadzieję, że wkrótce takie ubezpieczenie będzie obowiązkowe…

Pogoda jest niemniej ważnym elementem, a nam szczęśliwie dopisała. Słowo „szczęśliwe” oddaje bardzo dużo – wyjście umówiłem w styczniu, a dwa dni przed i dzień po zdobyciu Durnego Szczytu padał deszcz. Mogę powiedzieć, że moja prognoza pogody była perfekcyjna :).

Ostatnią kwestią planowania stanowił dojazd do Zakopanego. Jacek, szczęściarz :), pojechał samochodem kilka dni wcześniej, ja miałem dojechać w piątek. Okazało się, że z Katowic dojazd może być wyzwaniem, gdyż albo transport odbywa się w środku nocy (Polski BUS), albo dojazd na miejsce jest stosunkowo późno (PKP). Ostatecznie zdecydowałem się na ŁŁ-Bus, proponujący na pierwszy rzut oka najlepsze rozwiązanie, a teraz już wiem, że to była ułuda :). Gdybym miał jechać teraz, zdecydowałbym się na dojazd busem do Krakowa, a stamtąd do Zakopanego – taniej i pewnie wygodniej.

Zdobywając Durny Szczyt

Po moim przyjeździe do Zakopanego skierowaliśmy się w stronę Słowacji, a dokładnie Starego Smokowca (słow. Starý Smokovec), stanowiącego punkt początkowy wycieczeki. Z przewodnikiem byliśmy umówieni na następny dzień (sobota) w schronisku Téryego (słow. Téryho chata), a dzisiaj chcieliśmy na spokojnie do niego dotrzeć.

Muszę przyznać, że jesteśmy trochę leniwi. Początkowo planowaliśmy (przynajmniej ja) całą drogę do schroniska przejść pieszo, ale jak zobaczyliśmy kolejkę, nie wahaliśmy się nawet przez minutę. Uszczupliliśmy portfele o dziewięć euro (bilet tam i z powrotem) i już po chwili byliśmy na Siodełku (słow. Hrebienok – 1285 m n.p.m.), gdzie zaczęliśmy właściwą wędrówkę, podążając za zielonym szlakiem. Wybór koloru szlaku mógł być tylko jeden, gdyż zależało mi, aby przejść obok Wodospadów Zimnej Wody.

Dość szybko znaleźliśmy się na wysokości 2015 m n.p.m., a tym samym dotarliśmy do schroniska. Po przydzieleniu nam miejsc noclegowych, zjedliśmy skromną kolację i wcześnie położyliśmy się spać, aby być wypoczętym o poranku. Niestety, noc nie należała do najprzyjemniejszych…

Nastał ranek, z przewodnikiem spotkaliśmy się zaraz po 7:00. Żałuję, że nie jestem w stanie opisać dokładnie przebiegu szlaku… Najpierw udaliśmy się na dolny brzeg Spiskiego Kotła (po drodze minęliśmy stado ponad dwudziestu kozic, co stanowiło sporą atrakcję), gdzie związaliśmy się linami – tutaj zaczęła się przygoda :), a dokładniej rzecz ujmując – wspinaczka, dzięki której bardzo szybko zdobywaliśmy wysokość. Po dotarciu na Mały Durny Szczyt (słow. Malý Pyšný štít – 2592 m n.p.m.) granią podchodziliśmy do naszego głównego celu. Przejście to jest ekscytujące, gdyż zarówno z prawej, jak i lewej strony jest przepaść, a widoki zapierają dech w piersiach. Na Durnym Szczycie nie zabawiliśmy za długo, ale wystarczająco, aby zrobić zdjęcia.

Początkowo chcieliśmy jeszcze wejść na Łomnicę (słow. Lomnický štít – 2634 m n.p.m.), jednak warunki pogodowe i kondycyjne zmieniły nasze plany. Więc tym samym schodząc z Durnego Szczytu rozpoczęliśmy najtrudniejszą część całej wyprawy, czyli zejście (dopiero schodząc przypomniałem sobie o zejściu z Gerlachu), trwającą ponad trzy godziny. Trzy godziny w całkowitym skupieniu… Jest jedno miejsce, które można potraktować jako swoista atrakcję i… odpoczynek, gdzie zjeżdża się na linie.

Zmęczeni dotarliśmy do schroniska Téryego i bez odpoczynku udaliśmy się w stronę Starego Smokowca, po drodze zatrzymując się w Schronisku Zamkowskiego (słow. Zamkovského chata), aby coś przekąsić. Nie będę robił z siebie bohatera – ta przerwa mi nie służyła, gdyż po niej nogi zaczęły mnie boleć, mięśnie zaczęły odmawiać posłuszeństwa, przez co znacznie zwolniłem marsz.

Żurek na szlaku

Ten weekend obfitował w wiele miejsc, gdzie mieliśmy możliwość kosztowania różnych różności.

Jadąc do Starego Smokowca zatrzymaliśmy się w Restauracji 7 Kotów. Wnętrze robi wrażenie, cieszy, że styl został utrzymany. Jedzenie również smakowało, a cenowo nas nie odstraszyło.

Po powrocie do Zakopanego Jacek namówił mnie, abyśmy zjedli w Obrochtówce, czyli restauracji która przeszła „Kuchenną Rewolucję” Magdy Gessler. Nie wiem, czy to przez zmęczenie, czy nie, ale… było pysznie :).

W schronisku Téryego mieliśmy okazję zjeść kolację oraz śniadanie. Było skromnie, ale znośnie. Gdyby tylko nie te ceny… Wiem, wiem, są one wytłumaczalne tym, że do schroniska wszystko trzeba wnieść na plecach.

Galeria

Informacje praktyczne

Trasa

Odcinek Szlak Czas GOT
Siodełko (Hrebienok) – Schronisko Téryego
(6.6 km, 810 m)
zielony 3 godz. 35 min 14 / 6
Schronisko Téryego – Durny Szczyt – Schronisko Téryego
(3.2 km, 670 m)
brak 6 godz. 10 min 9 / 9
Schronisko Téryego – Siodełko (Hrebienok)
(6.2 km)
zielony
czerwony
2 godz. 10 min 6 / 14
Rzeczywisty czas przejścia:
Czas ruchu:
Czas postoju:
11 godz. 55 min
9 godz. 55 min
2 godz. 00 min
29 / 29

Mapa trasy
Profil trasy

Dojazd

Naszą bazą wypadową było Zakopane, więc do Starego Smokowca dotarliśmy przez Łysą Polanę. Droga jest dobra, jednak należy zarezerwować odpowiednio dużo czasu na dojazdy.

Przewodniki

  • Jaćkiewicz L.: "Nieznane Tatry, Przewodnik wysokogórski. Tom I". Wydawnictwo Góry, 2007
  • Nyka J.: "Tatry słowackie. Przewodnik". Wydawnictwo Trawers, 2008

Mapy

  • "Tatry Wysokie. Słowackie i polskie". Skala 1:25 000, Wydawnictwo CartoMedia, Poznań 2008
  • "Tatry Wysokie", skala 1:25 000. Wydanie I, Sygnatura, 2008

Strony warte odwiedzenia

X

Podoba Ci się nasz blog? Dołącz do nas na Facebooku!

Dodaj komentarz

2 komentarzy do "Na urwistej grani. Durny Szczyt"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy
Krzysztof
Krzysztof

Gratuluję! Czy Jacek czasem nie marudził?

Jarek

Nie, nie marudził. Myślę, że nie było powodów :)

wpDiscuz