Upalny dogtrekking w Przesiece

Upalny dogtrekking w Przesiece

Kolejny raz jesteśmy w sercu Karkonoszy w urokliwej Przesiece. Kolejny raz jesteśmy na dogtrekkingu w towarzystwie wielu amatorów spędzania czasu z psem w taki sposób. Zawody są w sobotę, a na weekend zapowiadali upały, po stosunkowo przyjemnym tygodniu. Tak więc nie będzie łatwo…

Po podjęciu decyzji o starcie – waham się. Biec na dystansie mini liczącym mniej niż 20 kilometrów (przeważnie 15), czy też może wrócić do mida i zmierzyć się z około 25 kilometrami? Ostatecznie decyduję się na krótszy wariant i nie ma co zwalać tego tylko na pogodę. Tak szczerze, to nie czuję się jeszcze gotowy do dłuższego biegu, nasze treningi troszkę olałem, toteż taki bieg mógłby mieć, zarówno dla psiaka, jak i dla mnie, złe skutki.

Upał. Na polu startowym coraz więcej osób z psami dziwnie układających się wzdłuż cienia drzew. I przemieszczających się wraz z nim. My mamy trochę szczęścia, ale tylko trochę, bo znaleźliśmy się na początku tego łańcucha, blisko podstawy drzewa, jednak nie do końca to działa. Słońce przemieszcza się szybko i w końcu chyba wszyscy dochodzą do wniosku, że pogoń za nim nic nie da.

Do 10:00, godziny startu, coraz bliżej i w końcu organizatorzy rozdają mapy z zaznaczonymi punktami kontrolnymi i sprawdzają ekwipunek, aby nie wypuścić nikogo bez podstawowego wyposażenia apteczki i wystarczającej ilości wody. A tej to my mamy dość, przez co plecak trochę waży, ale wiem, że dość szybko się pozbędę tego balastu. I trochę mnie to martwi.

Rzut oka na mapę. Próbuje ustalić, gdzie jestem :), gdzie i jak biec. Ania pomaga szybko ustalić umiejscowienie punktów kontrolnych, staram się je zlokalizować w przestrzeni i zaplanować bieg. Pierwsze sześć kilometrów jest mi znajome, nie ma za bardzo wzniesienia, więc tutaj potruchtam. Potem kolejne pięć kilometrów to podejście, a w Sudetach podejścia potrafią dać w kość, więc tutaj pewnie sobie z psiakiem pomaszerujemy, a następnie szykuje się trucht do mety. Jesteśmy gotowi, czekamy na odliczanie.

Mapą nie wszyscy są zainteresowani :) Mapą nie wszyscy są zainteresowani :)

Ruszyliśmy. Zawsze mam wrażenie, że wszyscy zaczynają z grubego „C”, potem na zdjęciach oglądam, że bardzo duża grupa traktuje to wszystko rekreacyjnie. I bardzo dobrze! We mnie odzywa się waleczność :), ale start zazwyczaj mam spokojny. Na pierwszych metrach / kilometrach i tak niewiele można zrobić, chyba, że złapać kontuzję. Tak więc ja z psiakiem truchtamy, co ustaliłem przed startem, aż do momentu, kiedy najnormalniej nie mam sił. No ale jak to? Ile za nami? Trzy, może cztery kilometry… Trochę to dołuje, bo wiem, że nie zrealizuję planu założonego tuż przed startem, ale nic to. Upał mnie pokonuje i zapewne nie tylko mnie – psu też zapewne nie jest łatwo. Nie ma sensu na siłę biec, bo przed nami jeszcze bardzo długa droga. Weryfikuję więc plan i postanawiam szybko iść / biec, w zależności od aktualnych sił.

W końcu jesteśmy przy pierwszym punkcie kontrolnym. Miejsce szczególne, gdyż osoby startujące na dystansie „mid” biegną dalej prosto, my zaś odbijamy i zaczynamy podejście. Dziwnie tu pusto. Wszyscy pobiegli prosto? Po chwili zauważam za swoimi plecami Adama, którego poznałem kilkanaście minut wcześniej, z przepięknym wyżłem weimarskim i trochę zwalniam. W dwójkę powinno być raźniej, a zdaje się, że mamy podobne tempo. Przez dłuższy czas nie mijamy nikogo, nikt nie mija nas, a ukojenie od słońca przynoszą drzewa dodatkowo delikatnie dmuchające wiatrem. Idzie się dużo, dużo lepiej. Z przeciwka zbliża się do nas mężczyzna informujący, że przed nami jest tylko jedna osoba. Nie jest źle!

Teraz będzie zabawa, pomyślałem sobie. Zaczyna się zejście i zdecydowanie nie powinniśmy iść drogą, raczej ścieżynką, choć tak naprawdę trudno ją tutaj dostrzec. A im niżej, tym ciekawiej, tak więc mapa częściej była na wierzchu. Było ciekawie, aż dotarliśmy do kolejnego punktu kontrolnego i… Adam, który cały czas był przed nami (czy każdy Adam ma wyżła weimarskiego? :)). Szukał cyfr do przepisania na kartę już od jakiegoś czasu. W grupie poszło łatwiej i razem ruszyliśmy dalej.

Razem. Tak, akurat! On był poza konkurencją :). Ale przy kolejnym punkcie znowu się spotkaliśmy. Zadanie polegało na przepisaniu daty z kamienia, a następnie należało wbiec w drogę skierowaną ostro w lewo. No tak, tylko, że na kamieniach nie ma żadnej daty! Może to nie to miejsce? Postanawiam pobiec trochę dalej, ale po niecałym kilometrze zawracam. Jestem zdecydowanie za daleko, straciliśmy tutaj dobrych piętnaście minut, a dodatkowo słyszymy innych uczestników dogtrekkingu. A teraz to tak głupio już nie być na podium… Przepisujemy jakąś datę z drzewa i biegniemy dalej.

Przed nami ostatni punkt kontrolny. Zadanie banalne – przejść przez rzekę w najbardziej oczywistym miejscu (nie ma mostku) i przepisać cyfry z pnia. Przekraczamy rzekę w jednym miejscu, drugim, trzecim, czwartym… Idąc po śliskich kamieniach należy być ostrożnym, ale nie jestem. Wpadam… Ale tu głęboko… Szukamy dalej tajemniczego pnia. No co jest? Przecież gdzieś musi być. Trójką przechodzimy przez rzekę i maszerujemy po drugiej stronie brzegu wypatrując cyfr. Szukamy już jakieś trzydzieści minut i nic. Dociera do nas grupa kilku(nastu?) osób i szukamy dalej. Ktoś mówi, że data na poprzednim punkcie była przysypana piaskiem, więc może tutaj też ktoś zrobił „kawał”. I zrobił… Przewracamy leżące pnie i w końcu znajdujemy upragnione cyfry.

Psia polana w Przesiece Psia polana w Przesiece

Końcówka biegu przynosi trochę emocji, ostatecznie na mecie melduję się jako drugi zawodnik, ale o to miejsce musiałem trochę powalczyć. Dobrze, że poza pierwszym fragmentem, trasa była ocieniona i sił wystarczyło na szybki finisz :). Pozostały rozmowy z innymi uczestnikami zawodów i osób im towarzyszących, obiad (pojechaliśmy z Anią do smażalni „U Rybaka” – zdecydowanie polecamy!), wręczenie dyplomów i ognisko na sam koniec. Im bliżej wieczora tym miejsce startu stawało się coraz bardziej wyludnione i niczym nie przypominało tego, czym było kilka godzin wcześniej. Psiaki poszły na zasłużony wypoczynek…

Galeria

Informacje praktyczne

Trasa


Mapa trasy
Profil trasy

Dojazd

Możliwości dojazdu jest z całą pewnością wiele. Za stroną www.przesieka.pl – „autostradą A4 do zjazdu na Strzegom i Jelenią Górę. Na odcinku od wsi Osiek tuż za autostradą, do wsi Sady Dolne zamontowano 11 fotoradarów. Dalej, do Strzegomia, który omijamy obwodnicą. Ze Strzegomia trasa wiedzie w okolice Dobromierza, za którym droga staje się kręta. Przejeżdżamy przez Bolków (zamek wart zwiedzenia). Z Bolkowa należy kierować się na Jelenią Górę. W Jeleniej Górze trasa wiedzie wygodną obwodnicą w kierunku Szklarskiej Poręby. Za zabudowaniami Jeleniej Góry, na skrzyżowaniu, gdzie w prawo odbija droga do Goduszyna i Rybnicy, skręcamy w lewo – do Cieplic. W Cieplicach przecinamy linę kolejową i na światłach skręcamy w lewo. Za mostkiem drogowym nad rzeką – na skrzyżowaniu ze światłami – w prawo. Dalej wystarczy trzymać się głównej drogi, aby dojechać do Podgórzyna, skąd drogowskazy poprowadzą do Przesieki (przy stacji benzynowej prosto)”.

Strony warte odwiedzenia

Noclegi

X

Podoba Ci się nasz blog? Dołącz do nas na Facebooku!

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz