Upalny dogtrekking w Przesiece

Kolejny raz jesteśmy w sercu Karkonoszy w urokliwej Przesiece. Kolejny raz jesteśmy na dogtrekkingu w towarzystwie wielu amatorów spędzania czasu z psem w taki sposób. Zawody są w sobotę, a na weekend zapowiadali upały, po stosunkowo przyjemnym tygodniu. Tak więc nie będzie łatwo…

Po podjęciu decyzji o starcie – waham się. Biec na dystansie mini liczącym mniej niż 20 kilometrów (przeważnie 15), czy też może wrócić do mida i zmierzyć się z około 25 kilometrami? Ostatecznie decyduję się na krótszy wariant i nie ma co zwalać tego tylko na pogodę. Tak szczerze, to nie czuję się jeszcze gotowy do dłuższego biegu, nasze treningi troszkę olałem, toteż taki bieg mógłby mieć, zarówno dla psiaka, jak i dla mnie, złe skutki.

„Krew bacy” – Marek Ratajczak

„Krew Bacy” pojawiła się w moich rękach przypadkowo. Robiąc zakupy w jednej z księgarni internetowych zerknąłem na pozycję polecanych produktów, ciekawy, jak sobie radzi silnik rekomendacyjny z moją osobą :). Na tamtejszej liście znalazła się tytułowa książka, o której istnieniu wcześniej nie miałem pojęcia, a że cena była kuszącą zdecydowałem się na kliknięcie przycisku „Do koszyka”. W końcu książka traktuje o Mont Blanc…

Tematyka to jedno, krótki opis na okładce również zachęcił do zakupu: „Krew Bacy powstała na kanwie wydarzeń, które naprawdę miały miejsce. Autor opowiada o swojej nieporadnej, samotnej, czterodniowej wyprawie w Alpy, podczas której w desperackim stylu mozolnie zdobywał Mont Blanc. Wspinanie nie jest tu przyjemnością, to mordercza mitręga, w której nie ma ani odrobiny poezji i heroizmu. Jest za to walka o przetrwanie – opisana nie bez czarnego humoru. Są też spotykani na szlaku ludzie – ze swoimi dramatami, radościami i przywarami”.

Widokowo przez Baranią Górę

Po tatrzańskim wypadzie wróciliśmy na beskidzkie drogi – Główny Szlak Beskidzki w końcu sam się nie przejdzie :). Tym razem chcieliśmy dojść do Węgierskiej Górki, ruszając z Wisły Głębce, co oznaczało, że skorzystamy z pociągu – projektowy debiut, oraz że przed nami prawie 30 kilometrów marszu. Wisienką na tym torcie miały być panoramy z Baraniej Góry, matki najdłużej rzeki Polski.

W kolejce na Rysy

Patrząc od polskiej strony – na Rysy (słow. Rysy, 2499 m n.p.m.) prowadzi jeden szlak turystyczny, tak więc wchodząc na ten najwyższy szczyt polskich gór, było nie było, trzeba przejść przez Morskie Oko. Pomimo tego, że na Rysach jeszcze nigdy nie byłem, drogę z Palenicy Białczańskiej do największego jeziora tatrzańskiego miałem „przyjemność” przebyć kilkukrotnie, dlatego celem weekendowego wypadu, oprócz samego wejścia na Rysy, było ominięcie tej, o wątpliwej atrakcyjności, drogi.

Początkowy plan zakładał dwudniową wycieczkę rozpoczynającą się w Kuźnicach, z przerwą noclegową w Piątce lub MOKu i zejście stroną słowacką. Już na etapie planowania plany uległy delikatnej zmianie, a ponieważ mogliśmy sobie pozwolić na dodatkową noc w górach, zdecydowaliśmy się na nocleg w Chacie pod Rysami.

Jak nie Sławkowski, to może Małołączniak?

Ten tatrzański wypad miał się odbyć rok temu. Prawie wszystko było przygotowane i zapięte na ostatni guzik, jednak na przeszkodzie stanęły upały. Skoro siedząc wygodnie w fotelu zalewał mnie pot, to jak wyglądałoby to w górach? Ostatecznie wyjazd przełożyłem na następny sprzyjający termin, czyli o rok :).

Wstępny plan zakładał dwudniowe wyjście w góry. Krótka narada z Jackiem i obydwoje stwierdziliśmy, że lepiej wyjechać z Katowic w piątek rano, niż wieczorem, aby być wypoczętym na wędrówkę. Następnie zrobił się czwartkowy wieczór, czwartkowy poranek i tym sposobem doszliśmy do wniosku, że wyjeżdżamy w środę wieczorem, znacznie przedłużając weekend. No dobra, a co z wycieczką? Zaplanowana była na dwa dni, można było ją sensownie przedłużyć o jeden, powodując, że ostatni dzień będzie lajtowy, ale przedłużyć o dwa? To raczej nie wchodziło w grę, tak więc jeden dzień był do zagospodarowania.