W kolejce na Rysy

Patrząc od polskiej strony – na Rysy (słow. Rysy, 2499 m n.p.m.) prowadzi jeden szlak turystyczny, tak więc wchodząc na ten najwyższy szczyt polskich gór, było nie było, trzeba przejść przez Morskie Oko. Pomimo tego, że na Rysach jeszcze nigdy nie byłem, drogę z Palenicy Białczańskiej do największego jeziora tatrzańskiego miałem „przyjemność” przebyć kilkukrotnie, dlatego celem weekendowego wypadu, oprócz samego wejścia na Rysy, było ominięcie tej, o wątpliwej atrakcyjności, drogi.

Początkowy plan zakładał dwudniową wycieczkę rozpoczynającą się w Kuźnicach, z przerwą noclegową w Piątce lub MOKu i zejście stroną słowacką. Już na etapie planowania plany uległy delikatnej zmianie, a ponieważ mogliśmy sobie pozwolić na dodatkową noc w górach, zdecydowaliśmy się na nocleg w Chacie pod Rysami.

Jak nie Sławkowski, to może Małołączniak?

Ten tatrzański wypad miał się odbyć rok temu. Prawie wszystko było przygotowane i zapięte na ostatni guzik, jednak na przeszkodzie stanęły upały. Skoro siedząc wygodnie w fotelu zalewał mnie pot, to jak wyglądałoby to w górach? Ostatecznie wyjazd przełożyłem na następny sprzyjający termin, czyli o rok :).

Wstępny plan zakładał dwudniowe wyjście w góry. Krótka narada z Jackiem i obydwoje stwierdziliśmy, że lepiej wyjechać z Katowic w piątek rano, niż wieczorem, aby być wypoczętym na wędrówkę. Następnie zrobił się czwartkowy wieczór, czwartkowy poranek i tym sposobem doszliśmy do wniosku, że wyjeżdżamy w środę wieczorem, znacznie przedłużając weekend. No dobra, a co z wycieczką? Zaplanowana była na dwa dni, można było ją sensownie przedłużyć o jeden, powodując, że ostatni dzień będzie lajtowy, ale przedłużyć o dwa? To raczej nie wchodziło w grę, tak więc jeden dzień był do zagospodarowania.

Wschód słońca na Pilsku

Rzadko, bo rzadko, ale zdarza się, że nie ja jestem pomysłodawcą, a tym bardziej organizatorem wyjścia w góry. Chyba w kwietniu Jacek dał mi znać, że wybiera się z familią na Pilsko (1557 m n.p.m.) w czerwcu i spytał, czy też się chcemy zabrać. Hmmm… Zachód i wschód słońca na Pilsku zawierał się w naszych planach górskich od jakiegoś czasu, więc czemu mielibyśmy nie skorzystać? Dodatkowo, muszę przyznać, że było to wielce kuszące, aby nie zamartwiać się noclegami, dojazdem i pozostałym kwestiami, tylko być w miarę biernym uczestnikiem :).

Nadszedł w końcu „ten” dzień i pięć osób – Rodzice i Siostra Jacka, Jacek i ja – w towarzystwie psa ruszyło na szlak z Sopotni Wielkiej. W tym wesołym gronie niestety zabrakło Ani, ale termin „przed 20-tym” każdego miesiąca nie jest najlepszy z punktu widzenia osób zajmujących się księgowością.

BloGÓRsfera w Radomiu, czyli pierwsze spotkanie blogerów górskich

Pewnego marcowego dnia otrzymaliśmy wiadomość o mniej więcej takiej treści: „Heloł :) prowadzę bloga „Ruda z wyboru” i wymyśliłam sobie, że zrzeszę górskich blogerów (…) powoli zaczynam organizować spotkanie”, które ma się odbyć w Radomiu. Góry w Radomiu? Zabrzmiało trochę absurdalnie, jednak dla chcącego nic trudnego – za sprawą Gosi, przynajmniej na chwilę udało się to osiągnąć. Zebranie blogerów z całej Polski, piszących o górach, w jednym dniu nie mogło być zadaniem łatwym, ale realizacja była udana – było trochę zabawy i rozmów, trochę prelekcji, trochę wspinaczki. Dzięki temu spotkaniu poznaliśmy osoby, które do tej pory znaliśmy tylko z ekranów komputerowych. Czego chcieć więcej?

Powrót na Stożek, czyli kontynuacja GSB

Pogoda w tym roku pozytywnie zaskakuje. Tak jak w tygodniu bywa różnie, tak w weekendy warunki są odpowiednie do wyruszenia na szlak. Tym razem deszcze i burze były zapowiadane na godziny popołudniowe, więc tak chcieliśmy ułożyć wyjście, aby stosunkowo wcześnie być na dole. Dość długo zastanawiałem się, gdzie iść i w końcu wybór padł na kontynuację GSB, a dokładnie na przejście szlaku ze Stożka na Kubalonkę. Szczerze powiedziawszy ten kawałek nie dawał mi spokoju – niby krótki, jednak dostanie się do schroniska a następnie na przełęcz pochłania kilka godzin, których nijak nie byłem w stanie upchać w kolejnej części prowadzącej do Węgierskiej Górki. A więc w sumie dobrze się to złożyło.

Jedynym minusem całego dnia było to, że szlaki te już kiedyś przeszliśmy, jednak w naszym przypadku taki jest urok Beskidu Śląskiego, który prawie cały przeszliśmy wzdłuż i wszerz – tutaj mały ukłon w stronę Wiecznej Tułaczki, gdyż mamy nadzieję, że w swoich relacjach ze zdobywania Korony Beskidu Ślaskiego wskaże kilka interesujących miejsc, które my jakoś skrzętnie omijamy…