To miał być piękny wschód słońca na Babiej Górze

To miał być piękny wschód słońca na Babiej Górze

Zobaczyć wschód słońca w górach, to marzenie chyba niejednego górołaza. Jak już decydujemy się na takie przeżycie, to wybór szczytu był dość oczywisty – spośród dwóch kandydatów (Babia Góra (1725 m n.p.m.) i Pilsko (1557 m n.p.m.)), zwyciężyła „Królowa Beskidów”.

Planowanie to podstawa

Plan na dzień poprzedzający wycieczkę i nocne wejście był prosty i co ważne, zrealizowaliśmy go. Bardzo istotnym punktem był wypoczynek i sen, co w moim przypadku skończyło się na położeniu się do łóżka po 19:00 i pobudce o 21:00 (sen Ani był dłuższy o około półtorej godziny).Takie podejście zdało egzamin, co ma znaczenie w przypadku kierowcy :). Wyjazd zaplanowaliśmy na 22:30 (dość wcześnie, jednak odbieraliśmy Jacka z Bielska-Białej), aby spokojnie, z przerwą na kawę, móc zameldować się na parkingu około 1:30 i rozpocząć marsz w towarzystwie kilku innych grup turystów.

Logistyka wyjazdu stanowiła jedną część planowania. Drugi element, niemniej ważny, to pogoda, która niestety zrobiła nam sporego psikusa. Ponieważ pogoda w ostatnich dniach nie była stabilna, ostateczną decyzję o wyjeździe podjąłem w dniu „zero”, po analizie prognoz na serwisach http://www.meteo.pl/ i http://www.mojapogoda.com/. Podjąłem decyzję, a tym samym ryzyko… Co ciekawe, gdy zatrzymaliśmy się na parkingu, niebo było krystalicznie czyste, co powodowało moją ogromną radość. Niestety, na wysokości Sokolicy weszliśmy w chmurę z której wyszliśmy dopiero po kilku godzinach.

Poskromienie Diablaka

Z parkingu, jak już wspomniałem, wyruszyliśmy zaraz po 1:30. Nasza czteroosobowa grupa podzieliła się na dwa zespoły: Ania szła z Jackiem na przodzie, a ja z Kasią podążaliśmy ich śladem. Podejście na Babią z tej strony jest spore (w końcu trzeba pokonać 700 metrów w pionie), jednak wysokość zdobywa się systematycznie, co bardzo ułatwia marsz. Powoli, stopniowo zbliżaliśmy się do celu. Dość szybko zorientowałem się, że o pięknym widoku wschodzącego słońca można zapomnieć (część turystów wycofała się albo z samego podejścia, albo z czekania na „ten” moment), dlatego też nie pilnowałem czasu za bardzo. Pomimo tego, na szczycie byliśmy niecałe dwadzieścia minut po czwartej – kilka minut przed wschodem słońca.

Każdy, kto był na szczycie najwyższego szczytu Beskidów, zna jego uroki – wieje niemiłosiernie. Dodając do tego przebywanie w chmurze, spokojnie można powiedzieć, że nie był to najprzyjemniejszy czas. Postanowiliśmy zrobić kilka pamiątkowych zdjęć i skierowaliśmy swoje kroki w stronę ulokowanego pod szczytem schroniska.

Droga na Markowe Szczawiny trochę mi się dłużyła. Spowodowane było to zapewne pogodą i brakiem jakichkolwiek widoków. Dopiero w okolicach Przełęczy Brona (1408 m n.p.m.) powietrze stało się trochę przejrzyste.

Gdy już dotarliśmy do schroniska, spotkało nas rozczarowanie – posiłki wydawane są od godziny 8:00 (można to jeszcze zrozumieć), dodatkowo nie można było przybić pamiątkowej pieczątki, gdyż… jest ona dostępna również od godziny 8:00. W pewnym sensie też można to zrozumieć. Jednak nie to zwracało moją uwagę, a smród. Smród wydobywający się z leżących w korytarzu butów turystów i jeszcze większy odór z toalet. Jak to możliwe, że w stosunkowo nowym schronisku toalety doprowadzone są do takiego stanu?

W 2010 roku byliśmy w tym schronisku i nasze wspomnienia były raczej negatywne. Po III Rankingu Schronisk Górskich „n.p.m.” w którym to opisywane schronisko zajęło czwarte miejsce, miałem nadzieję, że wiele się zmieniło. Teraz sobie myślę, że my to musimy mieć jakiegoś pecha…

Po dłuższym odpoczynku, zjedzeniu śniadania, spacerowym, niebieskim szlakiem wróciliśmy do samochodu. Czekała mnie jeszcze kilkugodzinna podróż powrotna, aby wreszcie móc położyć się i zasnąć, planując kolejną wycieczkę – na Pilsko.

Żurek na szlaku

Tym razem, niestety, nie było nam dane zjeść w schronisku.

W drodze powrotnej, dość szybko nasze organizmy zaczęły domagać się normalnego śniadania, więc skierowaliśmy się w stronę Suchej Beskidzkiej do Karczmy Rzym. Jedzenie było bardzo dobre – zarówno jajecznica (szkoda, że porcja taka mała!), jak i podane zupy. Nie zawiedliśmy się i posileni mogliśmy spokojnie wracać do domu.

Galeria

Informacje praktyczne

Trasa

Odcinek Szlak Czas GOT
Przełęcz Krowiarki – Sokolica czerwony 1 godz. 10 min 7 / 3
Sokolica – Babia Góra czerwony 1 godz. 40 min 7 / 3
Babia Góra – Schr. PTTK Markowe Szczawiny czerwony 1 godz. 40 min 5 / 10
Schr. PTTK Markowe Szczawiny – Szkolnikowe Rozstaje niebieski 1 godz. 10 min 5 / 4
Szkolnikowe Rozstaje – Przełęcz Krowiarki niebieski 0 godz. 40 min 2 / 3
Rzeczywisty czas przejścia:
Czas ruchu:
Czas postoju:
6 godz. 20 min
4 godz. 40 min
1 godz. 40 min
26 / 23

Mapa trasy
Profil trasy

Dojazd

Na Przełęcz Krowiarki z Katowic można dostać się na kilka sposobów. „Tam” jechaliśmy przez Bielsko-Białą i Żywiec, „z powrotem” przez Suchą Beskidzką i Wadowice. W moim przekonaniu trasy te są alternatywne i ciężko mi stwierdzić, która z nich jest lepsza.

Przewodniki

  • Figiel S., Janicka-Krywda U., Krzywda P., Wiśniewski W.: "Beskid Żywiecki. Przewodnik". Oficyna Wydawnicza "Rewasz", Pruszków 2009
  • Figiel S., Niedźwiedź A., Stańczyk W., Warzecha A.: "Beskid Żywiecki i Makowski. Praktyczny przewodnik". Pascal, 2000

Mapy

  • "Beskid Żywiecki". Wydanie V. Skala 1:50 000, Wydawnictwo Kartograficzne Compass, Kraków 2009
  • "Wokół Babiej Góry", skala 1:60 000. Wydanie V, Compass, 2012

Strony warte odwiedzenia

X

Podoba Ci się nasz blog? Dołącz do nas na Facebooku!

  • Witam,

    Cóż mogę powiedzieć. Wycieczka ciekawa, szkoda tych chmur tylko. Na pocieszenie dodam, że podobnie (w sumie gorzej chyba) skończyła się moja wyprawa na Krzyżne. Dwa pierwsze podejścia (rok rocznie) odpuściliśmy raz z powodu kontuzji kolana żony, raz z powodu pogody (słabej). Trzecie podejście idealnie się zapowiadało. W Murowańcu prognoza super, meteo też podawał dobrą, niestety na ostatnim podejściu zaczęło lekko padać, by na szczycie uraczył nas opad śniegu, zejście do Piątki w deszczu i dalej do Palenicy też. Widoczność ograniczona, co powodowało wolniejszy marsz – w sumie schodziliśmy jakieś 5-6h w deszczu i około 45 minut podejścia w deszczu – totalna masakra. To tak dla pocieszenia :)

Udostępnij
+1
Tweetnij
Przypnij