Zimowa Babia Góra

Zimowa Babia Góra

Moje pierwsze zimowe wejście na Babią Górę dość długo odkładałem, czekając na dogodne warunki. Nie chciałem powtórzyć poprzedniej wizyty na Diablaku, kiedy to wschód słońca zakończył się fiaskiem, czy też ostatniej wycieczki na Rysiankę z widocznością ograniczoną do kilku metrów. Królowa Beskidów kojarzy się z rozległymi panoramami, toteż postanowiłem poczekać na odpowiednią pogodę.

Prognozy na zbliżający się weekend były w miarę stabilne i potwierdzały je wszystkie sprawdzane serwisy internetowe. Królowa Beskidów bywa kapryśna, ale mogło to oznaczać tylko jedno. Pozostało zorganizować kompanów (prawie :) niezawodny Jacek i Jego kolega z pracy – Michał) i wyruszyć wczesnym rankiem w stronę Krowiarek.

Na miejscu byliśmy wcześnie (przynajmniej w moim odczuciu), ale kilka osób przyjechało znacznie wcześniej. Miało to dobre strony, gdyż zapowiadało między innymi przetarcie szlaku. Z tego powodu zrezygnowaliśmy z zabrania rakiet, które spokojnie mogły wypocząć w samochodzie. Przebraliśmy się – w głównej mierze ja (tak to już jest, że nie lubię jechać w ciuchach turystycznych, przez co nawet przy temperaturze -15 stopni praktykuję rozbieranie się prawie do rosołu) i wyruszyliśmy na szlak.

Pierwszy odcinek podejścia, kończący się platformą widokową na Sokolicy, jest wymagający, ale widoki wynagradzają wysiłek (może mówiłbym inaczej, gdyby szlak nie był przetarty). Jeszcze zanim się tam znaleźliśmy, zastanawiałem się, jak jest z tą widocznością, czy trafiliśmy z pogodą, czy jednak ta spłatała nam psikusa. Na punkcie widokowym przekonaliśmy się, że jest naprawdę nieźle. Co prawda na Babiej od czasu do czasu srogo zawiewało, ale na to byliśmy przygotowani. Krótki odpoczynek dla fotografów i poszliśmy dalej.

Pod względem widokowym czekał nas najprzyjemniejszy fragment, gdyż bardzo szybko pokazały się naszym oczom Tatry. Pod względem zmagań z warunkami fragment ten był najgorszy. Widziane z Sokolicy podmuchy okazały się wiatrem znacznie utrudniającym marsz. Z jednej strony cieszyliśmy się panoramami, z drugiej walczyliśmy z wiatrem i narastającym zimnem. Acha i kolejnymi wzniesieniami… kiedy myślałem, że już jesteśmy na miejscu, że napijemy się ciepłej herbaty, byliśmy dopiero na Gówniaku :).

Pierwsze spojrzenie w stronę Tatr. Są! Pierwsze spojrzenie w stronę Tatr. Są!
Kępa. Widokowo. Bardzo. Kępa. Widokowo. Bardzo.

Jak już dotarliśmy na szczyt, to… chciałem z niego uciekać. Wiało niemiłosiernie i pomimo taszczonego ze sobą statywu nie miałem najmniejszej ochoty go rozstawiać (abstrahując od sensu tego kroku w zastanych warunkach). Tak więc, pozostała szybka herbata i ewakuacja w stronę przełęczy Brona, a następnie do schroniska.

W stronę... Polany Stańcowej :D W stronę... Polany Stańcowej :D

Podczas zejścia miałem okazję się przekonać, co oznacza odpowiedni wybór drogi. Śnieg nie był tak wywiany, było go znacznie więcej, przez co często zapadaliśmy się, a przy bardziej stromym nachyleniu praktykowaliśmy różnego rodzaju zjazdy. Raki leżały sobie w plecaku, więc każdy poruszał się jak umiał – zjazdy na tyłku, na butach, na spodniach, czy też uskutecznienie przez innych turystów – na reklamówkach stanowiących swego rodzaju dupo-zjazdy. Chyba każdej osobie poruszającej się w stronę schroniska ten fragment dostarczał wiele radości, czego nie mogły powiedzieć osoby podchodzące. W końcu jest stromo i było sporo kopnego śniegu.

Szybko, bo po niecałej godzinie, w dobrych nastrojach dotarliśmy do schroniska, aby chwilę odpocząć, zjeść coś ciepłego i udać się na ostatni fragment szlaku, w moim odczuciu najbardziej nudny. Michał zabrał się za prowadzenie wycieczki i nie mam pojęcia co On zjadł w schronisku, ale tylko mijaliśmy osoby, które opuściły budynek sporo czasu przed nami. Tak więc, ekspresowym tempem, po godzinie z kilkoma minutami, znaleźliśmy się przy samochodzie.

Wycieczka bardzo udana. Wszystko dopisało! Zwieńczeniem dnia był mandat za przekroczenie prędkości. Warto wspomnieć, że Pani policjantka nie chciała paluszków – niech żałuje, były dobre! :D

Żurek na szlaku

Nie przepadam za kuchnią na Markowych Szczawinach. Myślę, że mają dobre warunki i spokojnie mogą podawać cieplejszą zupę, zwłaszcza zimą. Żurek, jak zawsze w tym miejscu, rozczarował. Miłym zaskoczeniem były pierogi z mięsem – pyszne!

Galeria

* Zdjęcia bez znaku wodnego są autorstwa Michała – umieszczone za Jego zgodą.

Informacje praktyczne

Trasa

Odcinek Szlak Czas GOT
Przełęcz Krowiarki – Sokolica czerwony 0 godz. 40 min 7 / 3
Sokolica – Babia Góra czerwony 1 godz. 25 min 7 / 3
Babia Góra – Schr. PTTK Markowe Szczawiny czerwony 0 godz. 55 min 5 / 10
Schr. PTTK Markowe Szczawiny – Szkolnikowe Rozstaje niebieski 0 godz. 45 min 5 / 4
Szkolnikowe Rozstaje – Przełęcz Krowiarki niebieski 0 godz. 25 min 2 / 3
Rzeczywisty czas przejścia:
Czas ruchu:
Czas postoju:
6 godz. 05 min
3 godz. 55 min
2 godz. 10 min
26 / 23

Mapa trasy
Profil trasy

Dojazd

Na Przełęcz Krowiarki z Katowic można dostać się na kilka sposobów. „Tam” jechaliśmy przez Bielsko-Białą i Żywiec, „z powrotem” przez Suchą Beskidzką i Wadowice. W moim przekonaniu trasy te są alternatywne i ciężko mi stwierdzić, która z nich jest lepsza.

Przewodniki

  • Figiel S., Janicka-Krywda U., Krzywda P., Wiśniewski W.: "Beskid Żywiecki. Przewodnik". Oficyna Wydawnicza "Rewasz", Pruszków 2009
  • Figiel S., Niedźwiedź A., Stańczyk W., Warzecha A.: "Beskid Żywiecki i Makowski. Praktyczny przewodnik". Pascal, 2000

Mapy

  • "Beskid Żywiecki", skala 1:50 000. ExpressMap, 2014
  • "Wokół Babiej Góry", skala 1:60 000. Wydanie V, Compass, 2012
  • "Beskid Żywiecki". Wydanie V. Skala 1:50 000, Wydawnictwo Kartograficzne Compass, Kraków 2009

Strony warte odwiedzenia

X

Podoba Ci się nasz blog? Dołącz do nas na Facebooku!

  • Ja też miałem tak, że długo odkładałem swoją wizytę na Babiej, bo chciałem mieć ładne warunki. I myślę, że się doczekałem i na takie trafiłem :) – http://www.goryponadchmurami.pl/2015/02/gdzie-diablak-tatry-o-wschodzie-oglada.html

    Wam pogoda dopisała, Tatry pięknie widoczne. A nie żałowaliście jednak braku tych rakiet na zejściu?

    • Ty połączyłeś wschód z zimowym wejściem, bajer! Ja na wschód słońca z całą pewnością wrócę, gdyż z zdjęć wszelakich wynika, że potrawi być cudnie.

      Nie, nie żałowaliśmy braku rakiet. Mieliśmy to szczęście, że podczas zejścia szlak był w dużej mierze przetarty i zapadaliśmy się stosunkowo rzadko. Z całą pewnością gdybyśmy podchodzili przez przełęcz Brona, rakiety byłby przydatne.

Udostępnij
+1
Tweetnij
Przypnij